Pasjami....

Wpisy

  • czwartek, 08 grudnia 2011
    • Maagdalenki

      Zgodnie z zapowiedzią - dzisiaj babeczki. A, jako że jestem miłośniczką kuchni hiszpańskiej, postanowiłam zacząć nie od muffinów czy cupcake'ów (chociaż póki co nie wiem, jaka to różnica), ale od ukochanych i już od dawna wyczekiwanych magdalenek.

      Dzisiejsza próba to moje pierwsze w życiu podejście do jakichkolwiek babeczek. Postanowiłam skorzystać z tego przepisu, ale życie i mały trochę go zweryfikowali ;) Korzystając więc z tego, co mam w domu i czerpiąc z twórczej inwencji małego, stworzyliśmy własny przepis...

      Są przepyszne! Nie za słodkie, fajnie rumiane... Mały jest zachwycony, zaraz po tym, jak zjadł pierwszą, sam się postarał, żeby druga babeczka trafiła na jego talerzyk.... A potem chciał z babeczką jechać do szkoły!

      Pierwsze Magdalenki.

      5 jajek

      180g cukru

      320g mąki (dwie duże szklanki)

      15g proszku do pieczenia

      150ml oleju

      75ml śmietanki 12%

      50g skórki pomarańczowej kandyzowanej

       

      Ubić robotem białka, następnie, ubijając, dodać cukier, a po chwili żółtka. Ciągle ubijając dodawać kolejno: śmietankę, olej, mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i posiekaną drobno skórkę pomarańczową.

      Ciasto wylewać na blaszkę do pieczenia babeczek lub do papilotek (albo do tego i tego razem), piec 18-20 minut w temperaturze ok. 200oC.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      tienna
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 grudnia 2011 11:13
  • środa, 07 grudnia 2011
    • Zapowiedzi

      Dzisiaj tylko mała zapowiedź - udało mis ie kupić moje długo wyczekiwane, urodzinowe blachy do pieczenia muffinek. Trafiły się dwie - jedna na 12 średnich i jedna na 24 malutkie babeczki. Do kompletu brakuje mi tylko misiakowej... Z tej okazji chciałam już dzisiaj wcielić w życie dawno planowane przepisy babeczkowe, niestety mój kochany mąż nie przywiózł mi jajek i babeczki muszą poczekać do jutra.... Ja i mały byliśmy bardzo zawiedzeni.... za to jutro będziemy mieć sporo czasu, więc damy czadu!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tienna
      Czas publikacji:
      środa, 07 grudnia 2011 22:45
  • poniedziałek, 05 grudnia 2011
    • Do nasycenia...

      Tak to już ze mną jest, że jak mnie jakiś przepis zachwyci, to muszę się nim nacieszyć i powtarzam go kilkukrotnie, często przy tym eksperymentując. Ostatnio zachwycił mnie przepis na potworowe ciacha, wiec dzisiaj przystąpiłam już trzeci raz do jego wykonania, znów wprowadzając zmiany. 

      Pierwsze moje spotkanie z tym przepisem opisałam tu jakiś czas temu. drugim razem do tamtej wersji dodałam tylko trochę rodzynek i wiórki kokosowe.Dzisiejsza wersja to już trochę większy spontan. A wszystko przez to, że wczoraj nabrałam ochoty na białą czekoladę....

       

      Negatywki potworowe

      110g masła

      pół szklanki cukru białego

      pół szklanki cukru Dark Muscovado

      1 i 1/4 szklanki mąki

      pół łyżeczki sody oczyszczonej

      2,5 łyżki kakao

      2 jajka

      80g białej czekolady

      ok. 25g migdałów w płatkach

       

      Piekarnik rozgrzać do 180oC.

      Masło utrzeć w mikserze, potem dodawać kolejno cukier, mąkę wymieszaną z soda i kakao, po jednym jajku, po każdym składniku dokładnie mieszając. Na koniec dodać posiekaną czekoladę i migdały w płatkach - również delikatnie posiekane.

      Na blaszkę wyłożoną pergaminem wykładać łyżką porcje ciasta, zachowując przy tym spore odstępy (ciastka sie mocno rozlewają w trakcie pieczenia).

      Piec ok. 15 minut, zostawić na blaszce do wystygnięcia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      tienna
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 grudnia 2011 21:43
  • środa, 30 listopada 2011
    • Ciasto cappuccino

      W pracy mamy taką świecką tradycję, ze jak ktoś coś świętuje, to częstuje wszystkich ciastem. A ja mam jutro urodziny, więc żeby zadośuczynić tradycji, wzięłam sie za pieczenie ciasta. Planowałam zanieść koleżankom i kolegom z biura tiramisu,a le, straciwszy poczucie czasu, nie kupiłam ostatnio potrzebnych składników, musiałam więc szybko zmienić koncepcję. Do głowy przyszło mi to ciasto, które piekłam już raz, bodajże na roczek synka.

      Cappuccino to wspaniałe, bogate ciasto, które wszystkim smakowało. Jest dosyć słodkie, ale naprawdę pyszne. Jest przy nim trochę roboty, ale to jest akurat to, na co miałam ostatnio chętkę, a i miło bedzie posłuchać komplementów koleżanek z biura ;)

      Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym przepisu trochę nie zmodyfikowała i nie dostosowała do własnych upodobań i przyzwyczajeń. Biszkopt piekłam z własnego przepisu, zachowując tylko ilość jaj - co prawda musiałam piec na dwie blaszki, bo nie dałoby się go przekroić, ale wolę tak. Wierzch natomiast, posmarowałam gorzką czekoladą...

       

      Gotowe ciasto, jeszcze na placu boju:

      Mały dzielnie mi asystował. Jego głównym zadaniem, oprócz trzymania robota i rondelka, była nieustanna kontrola jakości:

      Czasu i sił na upieczenie drugiego ciasta już mi nie wystarczyło.... a szkoda, bo większa część cappuccino zostanie w biurze. Na świętowanie w domu, niestety, też jutro nie będę mieć czasu... A pojutrze - uczelnia!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Ciasto cappuccino”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tienna
      Czas publikacji:
      środa, 30 listopada 2011 18:54
  • wtorek, 29 listopada 2011
    • Hotdogi

      Wczoraj dostałam od teścia-rzeźnika cienkie parówki. Takie paróweczki od mojego teścia to dosyć rzadki rarytas (nie robi ich za często, bo strasznie dużo przy nich roboty), ale pomysł na nie od dawna czekał na zrealizowanie. Dzisiaj się doczekał.

       

      Hotdogi to jedno z firmowych dań mojego taty. Maja te zalety, że robi się je łatwo i szybko, a można jeść praktycznie ze wszystkim. Hitem co prawda jest żółty ser wkładany do środka tuż po wyjęciu z piekarnika, ale inne dodatki też wchodzą w grę i bardzo pasują.

       

      Dzisiejsza wersja, z mąką pełnoziarnistą, jest wynikiem mojej chęci wypróbowania tej mąki. Pierwszy raz mi się udało ja kupić, choć nosiłam się z tym zamiarem dość długo, no i musiałam szybciutko gdzieś użyć....

       

      Hotdogi półziarniste

      6-8 cienkich parówek

      ok. 150ml wody

      2dkg drożdży

      niecała łyżeczka cukru

      150g mąki pszennej zwykłej

      150g mąki pszennej pełnoziarnistej

      dowlone dodatki

       

      Z wody, drożdży, cukru i łyżki mąki zrobić rozczyn, odstawić w ciepłe miejsce. Kiedy drożdże zaczną pracować, dodać mąki i zarobić ciasto (w razie potrzeby zagęścić je mąką lub rozrzedzić wodą), wyrabiać kilka minut, aż nabierze jednolitej konsystencji.

      Parówki obkleić dokładnie cienką warstwą ciasta, odstawić na chwilę do wyrośnięcia.

      Piec w piekarniku nagrzanym do 200oC na blaszce posmarowanej oliwą , aż się zarumienią (15-20 minut). Jeść najlepiej na ciepło, od razu po wyjęciu z piekarnika (chociaż na zimno tez są dobre :P).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Hotdogi”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tienna
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 listopada 2011 20:15
  • czwartek, 17 listopada 2011
  • środa, 16 listopada 2011
    • Ciacha Ciasteczkowego Potwora

      Jak mnie najdzie ochota na pieczenie, to rzucam wszystko i lecę piec. Takie spontaniczne wypieki czasami okazują się klapą, a czasami wielkim sukcesem. Dzisiaj wyszło coś pysznego.

      Oboje z małym jesteśmy zagorzałymi fanami Ulicy Sezamkowej i Ciasteczkowego Potwora. Dzisiaj po raz 1548 oglądaliśmy potwora śpiewającego "C is for cookie" i stwierdziłam, ze upiekę takie ciasteczka, jakimi się zajada nasz Ciasteczkowy przyjaciel - trzeba w końcu sprawdzić, w czym jest on tak zakochany. Poszukałam więc przepisu na tradycyjne, amerykańskie ciasteczka z kawałkami czekolady. Znalazłam szybko, tutaj. Robiłam z połowy składników, reszta modyfikacji wynikła z tego, co miałam akurat do dyspozycji  w domu. Ciasteczka są naprawdę przepyszne - chrupiąco-mięciutkie, czekoladowo-cukrowe....

      W przepisie - wersja moja ;)

       

      Ciasteczka Ciasteczkowego Potwora (Chocolate chip cookies).

       

       

      110g masła

      pół szklanki cukru białego

      pół szklanki cukru brązowego Dark Muscovado

      jedno jajko

      150g (1 i1/4 szklanki) mąki pszennej

      pół łyżeczki sody oczyszczonej

      szczypta soli

      60g gorzkiej czekolady

       

      Rozgrzać piekarnik do 180 stopni Celsjusza. Mikserem ucierać masło, aż będzie puszyste. Dodać oba rodzaje cukru i ponownie dobrze utrzeć. Następnie dorzucić jajko, utrzeć, dodać mąkę pomieszaną z sodą i solą, znowu dokładnie ucierać. Na koniec dodać posiekaną czekoladę.

      Na blaszce wyłożonej pergaminem łyżką układać porcje surowego ciasta. Ważne jest, żeby zostawić spore odstępy między nimi (ok. 5cm), bo ciasto w piekarniku dość mocno się rozpływa. Piec 10-14 minut, aż brzegi ciastek zaczną się lekko rumienić. Zostawić na blaszce do ostygnięcia.

       

      Z takiej porcji wyszło mi dwanaście dużych ciastek.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      tienna
      Czas publikacji:
      środa, 16 listopada 2011 20:08
  • wtorek, 15 listopada 2011
    • Na chwile zwątpienia - tudej-modej

      .... czyli po prostu kogel mogel ;) Nie ma nic, co by tak dodawało dniowi słodyczy, kiedy wszystkie szafki wymiecione są ze słodkości i czekolady w domu nie uświadczysz. I ja się nim posiłkuję, kiedy humor nie dopisuje albo nachodzi mnie dzika chętka na słodkości.

       

      W głupocie swej mój organizm ukochał sobie najsłodszą ze znanych mi wersji kogla-mogla, a uwierzcie, wiele różnych opcji już próbowałam. Choć inne mają swoje zalety, to jednak ta moja ukochana przyćmiewa wszystkie... Choć dla wielu osób pewnie byłaby dużo za słodka.

       

      Mój kogel mogel robię tak:

      Białko oddzielam od żółtka. Oddzielnie ubijam białko, po czym wsypuję do niego 7-8 łyżeczek cukru (musi być tyle, inaczej konsystencja nie jest taka, jak być powinna) i łyżeczkę kakao. Żółtko ucieram do prawie-białości z dwiema-trzema łyżeczkami cukru.

      Dodawanie kakao do żółtka uważam za skrajne barbarzyństwo - właśnie charakterstyczny smak żółtka stanowi istotę kogla-mogla. Conditio sine qua non jest jednak dobre jajko - te z chowu klatkowego są zwyczajnie bez smaku i się nie nadają.

       

       

      Tak przy okazji - wybaczcie jakość zdjęć. Egzystujemy obecnie bez aparatu, a nie zanosi się na razie na kupno nowego, więc zdjęcia pozostawiają wiele do życzenia.... ale czasami lepsze takie, niż żadne. Oczu może nie cieszą, ale zostawiają pole dla wyobraźni ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tienna
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 listopada 2011 19:06
    • Jak to z tym hoopdancingiem było....

      Zaczęło się pod koniec lutego tego roku.... No, może ciut wcześniej.

       

      Pod koniec stycznia zaczęłam się odchudzać. Zmusiły mnie do tego dwie sprawy - nadwaga (79kg przy 164cm wzrostu, to już do otyłości niedaleko) i nieznośny ból krzyża. Po przeleżanej, zagrożonej ciąży mięśnie podtrzymujące kręgosłup miałam mocno osłabione, a jeszcze nadwaga potęgowała problem. Doszło do tego, ze nie mogłam spać, bo jeśli tylko położyłam się na parę minut w dowolnej pozycji, zaraz zaczynał mnie boleć kręgosłup....

      Odchudzanie bardzo szybko przyniosło mi ulgę. Po zrzuceniu kilku zaledwie kilogramów mogłam już spać dużo spokojniej. Po jakimś czasie przyszło mi do głowy, ze mogłabym, w ramach odchudzania, zacząć kręcić hula hopem. To był strzał w dziesiątkę.

       

      Moje pierwsze hula pojawiło się w domu 25 lutego 2011. Prezentowało się pięknie:

      hula

      Z kręceniem było gorzej ;) Na początku nie wychodziło mi zupełnie. Trzy obroty - i bach! I tak w kółko. Schylałam się i podnosiłam je dosłownie tysiące razy, zanim się nauczyłam kręcić choćby minutę. Po miesiącu wytrwałych praktyk umiałam już jako tako kręcić, a wysiłek włożony w naukę bardzo się opłacił - pozbyłam się do końca bólu krzyża, a do tego jeszcze boczków i ośmiu centymetrów w talii.

      W nauce posiłkowałam się troszkę filmikami z youtube. Wtedy pierwszy chyba raz trafiłam na filmik przedstawiający hoopdancing, który szczerze mnie zachwycił. Był to ten filmik. Wtedy jednak nie widziałam możliwości nauczenia się tej magii.

       

      Tak to się kręciło przez kilka miesięcy. W maju dostałam pracę i zaczęło mi brakować czasu, więc od maja, do lipca praktycznie nie kręciłam hula. Niestety, mojemu kręgosłupowi się to nie podobało i znowu zaczynał się dawać we znaki.... Hula wróciło wiec do mojego codziennego rozkładu zajęć.

      Piękne pogoda stworzyła nowe możliwości. Kręcenie na dworze zmotywowało mnie do doskonalenia techniki - uczyłam się chodzić z kółkiem.... a później, sama nie wiem jak, zaczęłam się jeszcze bardziej tym wszystkim interesować i wciągnęłam sie powoli w hoopdancing. Youtube'owe tutoriale okazały się bardzo pomocne i pokazały mi, ze nie jest to nic trudnego - wystarczy odrobina ćwiczeń i uporu i wszystkiego da sie nauczyć.

      Wtedy też w moim domu pojawiło się nowe kółko - sportowe. Trzeba przynzać, ze kręci się nim znacznie lepiej, a do hoopdancingu jest wręcz genialne.

      Od tamtej pory nauczyłam się całkiem sporo. A najlepsze, że ciągle sprawia mi to dziką radość i ilekroć nauczę się czegoś nowego, ciesze się jak dziecko. Brakuje mi jeszcze połączenia tego wszystkiego w jakąś ładną całość i stworzenia układu.... ale z tym się nie śpieszy :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      tienna
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 listopada 2011 09:36
  • poniedziałek, 14 listopada 2011
    • Początki....

      Tak mało czasu.... Praca, szkoła, dom... a między tym wszystkim jeszcze moi mężczyźni - mąż i synek. A jednak nawet w tym kotle można znaleźć czas na to, co cieszy - na pasje. Ja mam ich w życiu mnóstwo....

       

      Po pierwsze - gotowanie. Obwarowane bardzo określonym gustem męża i moim niepokornym charakterem naprawdę kwitnie. Ograniczenia wyzwalają kreatywność, więc kiedy tylko mam na to wystarczająco dużo energii, kombinuję i eksperymentuję. Moim konikiem jednak jest przyrządzanie wszelkiego rodzaju słodkości - to jest to, co w kuchni sprawia mi najwięcej radości.

       

      Po drugie - rękodzieło. Druty, biżuteria, szydełko..... Wszystko, co mnie zainspiruje, zaciekawi, wciągnie. Nie boję się wyzwań i nauki, a uwielbiam tworzyć!

       

      Po trzecie - ruch. Przede wszystkim moja najświeższa pasja - hoopdancing. Ale też pasjami jeżdżę na rowerze, chociaż brak czasu tutaj stwarza spore problemy... Cóż, problemy problemami, a ja i tak, kiedy tylko mogę, kręcę - zarówno moim kochanym kółkiem, jak i pedałami ;)

       

      Po czwarte - języki obce. Angielski - z nim wiążę swoja teraźniejszość i przyszłość, ale też hiszpański i wszystko to, czym się zainteresuję.

       

      Zapraszam gorąco do świata moich pasji i małych radości....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tienna
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 listopada 2011 16:41